List do Biblioteki - Adam

Moja droga Biblioteko!

 No nie, ja bym napisał tak:  Cześć Biko!

Muszę Ci opowiedzieć jaki numer odstawiła moja rodzicielka. Jak co miesiąc przyjechałem do domu na weekend. Student musi czasem wrócić na łono… na wiesz po czyste ciuchy, jakiś prowiant, no i starych kumpli dobrze czasem zobaczyć. Moja mama Jola wtedy całą sobotę gotuje, żeby jej biedny synek nie przymierał głodem przez następny miesiąc. Tym razem też tak było. Wchodzę do kuchni, a tam mamuśka pakuje do największego gara słoiki z mięskiem, oczywiście dla mnie, mniam! Pomogłem jej postawić ten gar na kuchni, a potem poszedłem do pokoju. Tato włączył kanał sportowy i zaczęliśmy oglądać mecz. Mama zajrzała do nas tylko.

 – Wychodzę na chwilę do Askany, skończył mi się krem do twarzy. Słoiki niech się „gotują”, ja zaraz wracam- powiedziała i wyszła.

 Oczywiście jak weszła do galerii, to słuch po niej zaginął. My obaj zajęci kibicowaniem, ale coś w końcu poczuliśmy. Ewidentnie zalatywało spalenizną! Pobiegliśmy do kuchni, a tam te słoiki na gazie. Ojciec podniósł pokrywkę, a w garnku zero wody tylko czarne dno.  Nie wiem co się facetowi stało, spanikował, czy co? Zanim się odezwałem władował do tego garnka cały dzbanek zimnej wody. No i wtedy to się dopiero zaczęło. Słoiki poszły w górę jak fajerwerki w sylwestra. Mówię Ci, taka kanonada, że nie wiadomo gdzie uciekać. Gwizd i słoik na suficie i kolejny, i kolejny…, a to wszystko w tempie rakiety ziemia- powietrze, a raczej ziemia- sufit!  Na szczęście żadnemu z nas nic się nie stało, ale jak Stary ochłonął, to dopiero zaczął wyzywać.

 – No jedno lepsze od drugiego- krzyczał - Kompletny brak odpowiedzialności, zero wyobraźni! Teraz będziesz żarł same kartofle! Taki stary koń, a matka musi mu gotować. A ona druga mądra, wyszła na chwileczkę. Już ja jej pokażę jak wróci, odechce się królewnie łażenia po sklepach- wyzywał tak sprzątając ten cały bałagan.

 Podaję ci bardzo, ale to bardzo ocenzurowaną wersję, bo ta właściwa nie nadaje się do twoich uszu. Ja dusząc się ze śmiechu, wycofałem się do swojego pokoju i zadzwoniłem po cichu do mamy, żeby ją uprzedzić. Wróciła, lekko zielona na twarzy po kolejnej godzinie, chyba czekała aż ojciec ochłonie. Przyniosła mu jego ulubione piwo i michałki,  i zaczęła przepraszać. Po jakimś czasie z ojca zeszło ciśnienie, a jak wypił piwo i objadł się michałkami to powiedział- Wiesz Jolu ta kuchnia już od dawna prosiła się o malowanie, więc teraz ja i nasz synek Adam „słoik” zrobimy mały remoncik- i uśmiechem na ustach sięgnął po kolejnego cukierka.

No i ja wyszedłem na tym najgorzej! Nie dość, że będę musiał zasuwać przy malowaniu, to nie mam prowiantu i chyba muszę nauczyć się gotować. A i jeszcze dostałem ksywkę „słoik”, boje się, że ona tak szybko się ode mnie nie odklei.

Ale były fajerwerki, żałuj, że tego nie widziałaś!

Wkrótce się zobaczymy, pozdrawiam.

                                                                                                                                                                                                                                                                                        Adam

X